Kacper Gabinet Terapii Integracji Sensorycznej Małgorzata in Nowy Dwór Mazowiecki, reviews by real people. Yelp is a fun and easy way to find, recommend and talk about what’s great and not so great in Nowy Dwór Mazowiecki and beyond.
Kacper Tekieli es un joven polaco que nació en 1997 en la ciudad de Cracovia. Desde pequeño mostró un gran interés por la informática y la tecnología, por lo que decidió estudiar Ingeniería Informática en la Universidad de Tecnología y Ciencias de la Información de Cracovia. Durante sus años de estudio, Kacper se involucró en
Teraz poruszający wpis opublikowała pierwsza żona alpinisty, pisarka Małgorzata Lebda. „Żegnaj Kacper. Jestem wdzięczna za te ponad dziesięć lat, w których sobie towarzyszyliśmy
We wrześniu 2020 roku odbył się ślub Tekieli z Justyną Kowalczyk. We wrześniu 2021 roku para powitała na świecie swoje pierwsze dziecko, syna. Portal dt24 said 18 maja 2023 r. Kacper Tekieli zmarł podczas wspinaczki skałkowej w Szwajcarii. Tragiczne zdarzenie miało miejsce w Alpach. To właśnie w Gdańsku powitał Kacper Tekieli.
In this text, we're going to share some very unhappy and stunning information with you. The well-known character Kacper Tekieli has handed away. This information has shattered the entire web. He was a well-known sports activities climber. He took his
autorská čtení v Café Fra, Praha pondělí 8. dubna 2019, 19.30 Polská řada Małgorzata Lebda Uvádí Bogdan Trojak Tlumočí Lucie Zakopalová Česky a polsky Uvedení nového českého překladu básní polské
Nie żyje Kacper Tekieli. Mąż Justyny Kowalczyk, utytułowanej polskiej biegaczki narciarskiej, zginął w górach w Szwajcarii - potwierdzili dziennikarze RMF FM. Znany polski alpinista miał
Małgorzata Lebda: Gdy umierało zwierzę, ojciec mówił: "Takie jest życie". To samo mówił, kiedy umierał człowiek; Psia miłość. Osamotnione psy postawione przed wyborem: człowiek czy miska, zawsze wybiorą człowieka; Byłam zszokowana, że wkrótce umrę. Dla wielu ludzi to może oznaczać koniec, depresję. Ja przystąpiłam do
Kacper Tekieli Accident: Death And Obituary. By Nazir. May 18, 2023. Kacper Tekieli. Kacper participated in various climbing trips to Makalu and Broad Peak Middle between 2010 and 2015 as a part of the Polish Winter Himalaism program. The climber, Kacper partook in a rescue operation on Shivling in the Indian Himalayas (6543 m) in 2016
Małgorzata Lebda fot. Kacper Tekieli. Tropy (Gniezno, 2009) Obraz na okładce: Rafał Borcz "Granica lasu" Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu 2013 Zdjęcie na okładce
gLXKXx. Dziś widać to wyraźnie: Małgorzata Lebda ma swój osobny poetycki dom i świat wokół niego. Budowała to prywatne uniwersum wiele lat – spokojnie, konsekwentnie, z tomu na tom. Najpierw zręby, potem ściany. Jej kolejne książki wzbogacały tę imaginacyjną przestrzeń, uzupełniały ją o nowe kolory i dźwięki. Zaczęła wcześnie, może zbyt wcześnie. Była studentką pierwszego roku polonistyki krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, kiedy uczelniane pismo „Nowy Legion” opublikowało jej wiersze (nr 7–8, 2005). Już wtedy jednak czytelnikom tej poezji musiało się wydawać, że jest w tych wersach jakaś siła i oryginalność, bo ci, którzy zasiadali w gremiach jurorskich rozmaitych konkursów poetyckich, nie szczędzili pochwał i nagród. Pamiętam swoje własne wrażenia, gdy w 2007 roku Małgorzata Lebda przysłała wiersze na konkurs „O Wawrzyn Sądecczyzny”, w którym byłem jurorem. W archiwach nowosądeckiej biblioteki zachowało się zdjęcie upamiętniające, jak wkładam na głowę poetki ów laur – bo zdobyła wówczas główną nagrodę. Wtedy właśnie się poznaliśmy. Jeśli dobrze pamiętam, to całe wydarzenie miało jeszcze inny wymiar – kto wie, czy nie ważniejszy: Małgorzata Lebda poznała wtedy kogoś, kto obecnie jest jej mężem, ale to oczywiście osobna historia…Napisałem o przedwczesnym debiucie, ponieważ w taki sposób ocenia go sama autorka – niezbyt zadowolona ze swojej pierwszej książki poetyckiej. Tomik Otwarta na 77 stronie, który ukazał się w 2006 roku, nie spotkał się z wielkim zainteresowaniem krytyków. Trzy lata później pojawia się jednak książka Tropy, która stanowi przełom na drodze twórczej młodej poetki. Tom budzi zainteresowanie wielu środowisk literackich, krytycy piszą, że odsłania on zasadnicze kontury lirycznego świata pisarki, daje wgląd w matecznik jej wyobraźni. Jak ciekawie brzmi to słowo! „Matecznik” kojarzy się przecież z lasem i z żywiołem natury, z pierwotnością i z matką. Taki tytuł Lebda nadała swojej poetyckiej książce wydanej w 2016 roku. Wcześniej pojawiła się Granica lasu (2013), tom, który – przygotowywany w ramach Stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – otrzymał nominację do Nagrody Poetyckiej im. Gałczyńskiego „Orfeusz” (2014). Laur boskiego muzyka-poety spłynął jednak na skronie artystki dopiero dzięki wspomnianemu Matecznikowi(który pokonał konkurencję także w drodze do Stypendium im. Stanisława Barańczaka w ramach Poznańskiej Nagrody Literackiej). Cóż to za tom, cóż to za poezja? W jaki sposób można dziś wracać do tego, co pierwotne, rudymentarne, organiczne? Małgorzata Lebda pokazuje, że formą podobnych powrotów może być opowieść – rozumiana jako sposób komunikacji tego, co najistotniejsze, układająca się w mit. Matecznik wypełniają poetyckie opowieści. Ich materią, co wydaje się oczywiste, są osoby uchwycone w czasie, w działaniu – zamknięte w lirycznych kadrach (poetka jest też uzdolnioną fotograficzką), stłoczone w wieloznacznych, metaforycznych obrazach. Chciałoby się nawet powiedzieć – symbolicznych, bo wiele jest w poezji Lebdy właśnie symboli-archetypów – przetworzonych, przefiltrowanych przez indywidualną biografię – wiele motywów tworzących swoisty, splątany gobelin prywatnej tej grubej mitopoetyckiej tkaniny jest autobiografia poetki, której dzieciństwo upłynęło w niewielkiej wiosce Żeleźnikowa, położonej w jednej z beskidzkich dolin nieopodal Nowego Sącza. Lebda świadomie wraca do „genialnej epoki” dzieciństwa, zabiega o to, byśmy rustykalne sceny, które pojawiają się w poszczególnych wierszach, kojarzyli z tym, a nie innym miejscem geograficznym i kulturowym. Byśmy – prowadzeni za rękę przez dziecko oglądające ów świat szeroko otwartymi, zdumionymi oczami – obcowali z jego specyficznym kolorytem prac i obyczajów, z jego osobliwym, bo utkanym z wielu elementów, etnosem. To, co prywatne, ulega zatem uniwersalizacji. Poetka przekracza ramy autobiografii, uwieloznacznia sensy obrazów tak, by ostatecznie mówiły one nie tylko o niej samej, ale także o nas. O ludziach w ogóle. Wiersze, które zmieszczono w Mateczniku, układają się w długi ciąg doświadczeń inicjacyjnych, rozpoznawanych przez bohaterkę utworów jako istotny element własnej kobiecej tożsamości. Domyślamy się jednak, że chodzi w nich nie tylko o tożsamość indywidualną, ale także o tożsamość zbiorową – i rodzinną, i to, że w Mateczniku tożsamość kształtuje się głównie w relacji z ojcem, że pełna jest różnego rodzaju podskórnych napięć i opozycji, które wyczuwamy. Świat ojca jednocześnie fascynuje i przeraża, mieści w sobie element tremedum et fascinosum,i właśnie dlatego kształtuje wyobraźnię dziecka. Ojcowizna (ojczyzna?) jawi się małej dziewczynce przede wszystkim jako sapientia. Jest tradycją i mądrością, zarówno skrywa, jak i objawia wzory życia. Filolog miałby ochotę zapytać, w jaki sposób autorka scala biograficzną i mityczną warstwę swoich liryków? Odpowiedź jest najprostsza z możliwych: dzięki kursywie. To zmiana czcionki jest dla czytelnika tych wierszy znakiem obecności dwóch planów – partykularnego i uniwersalnego. Ten pierwszy wypełniają różnego rodzaju zdarzenia charakterystyczne dla rytmu prac na wsi i pór roku. Ten drugi to słowa ojca, który tłumaczy świat, ukazuje ich sens. Właśnie one są zapisywane pochylonym drukiem:wilgoć drąży modrzewiowe belki werandyprzez okno zimnego pokoju obserwuję ojcanocą halny położył w sadzie stare gruszez wysokości widać nieszczęścia całej wsizerwane dachy połamane słupywysokiego napięciaojciec przywołuje mnie podaje scyzoryki każe wyjąć sobie z nadgarstka czarną drzazgęmusisz nauczyć się pracować we krwi mówiranę zalewamy pszczelim kitem na alkoholumamy od niego żółte cierpkie dłonieOto jedna z lirycznych miniaturowych opowieści, jakich w Mateczniku wiele. Akurat ta otwiera zbiór, wyznacza lekturowe tropy, właśnie dlatego warto przyjrzeć się jej uważnie. Zatem po kolei: chyba od razu, już na pierwszy rzut oka zauważamy, że narracja snuta w tym wierszu ma strukturę wspomnienia. I nie tylko w tym. Stopniowo zaczynamy rozumieć, że najistotniejszym elementem liryki Lebdy jest pamięć. Tak, ale jaka? – zapytają ci, którzy wiedzą już o współczesnych badaniach nad tym fenomenem i zagłębili się w arkana memory studies. Odpowiemy im, że chodzi o pamięć autobiograficzną, indywidualną, a jeśli wspólnotową, to tylko w ramach wspólnoty rodzinnej. Zarazem jednak czujemy, że ten, kto opowiada, próbuje przypomnieć sobie i nam nie tylko ważne dla siebie zdarzenie, ale także, a może nawet przede wszystkim – jego sens. Dziecko, które „przez okno zimnego pokoju obserwuje ojca”, widzi dużo więcej niż domowe podwórko. Jest w stanie dostrzec „nieszczęścia całej wsi”. Los jednostkowy splata się w liryku z losem wspólnoty, a zniszczenia spowodowane przez wiatr stają się symbolem wszystkich przeciwności losu, które mogą nas spotkać. Kiedy spojrzenie podmiotu znów kieruje się w stronę ojca, mamy do czynienia z tym samym zabiegiem uniwersalizacji znaczeń. Prosta czynność usuwania drzazgi została przecież przez autorkę utworu ukazana jako czynność edukacyjna, swoista lekcja poglądowa, owocująca sentencją zaznaczoną pismem pochyłym: musisz nauczyć się pracować we krwi .Nie wiemy, co dokładnie miałoby znaczyć to przesłanie. Jego sens pozostaje uogólniony, otwarty na indywidualne egzegezy. Ale mocno czujemy, że ten, kto mówi w wierszu, wie. Jesteśmy pewni, że bohaterka utworu przypomina sobie takie słowa, które pomogły jej rozpoznać samą siebie i nabrały charakteru tożsamościowego, stały się osią jej samoświadomości. Wiersze, które wypełniają Matecznik, można nazwać epifanicznymi w takim sensie, jaki nadał temu pojęcie James Joyce, a potem myśl ponowoczesna. One przypominają i uobecniają sytuację, która była i jest dla podmiotu nagłym rozbłyskiem sensu – to znaczy tego, wokół czego została zbudowana i nadal buduje się własna egzystencja oraz własna nie jest jednak tak, że w tle omawianych wierszy wyczuwamy daleką obecność osoby, która to miejsce opuściła i może teraz spojrzeć uważniej, by wydobyć z przeszłości to, czego będąc w jej wnętrzu, zauważyć nie mogła? Chyba trzeba się zgodzić, że u źródeł wielu tekstów poetki leży nie tylko pamięć dzieciństwa, ale i doświadczenie jego utraty. Może po prostu brak owocuje w nich nowymi formami obecności. Autorka wie, że zniknęły zapachy i nastroje dawnych lat, że zniknął dom, że nie ma już strychu, nie ma strumienia i studni, że nie ma już drzew rodzinnego sadu i tych, którzy do niego chodzili, że nie żyją rodzice. A przede wszystkim: że nie dysponuje już spojrzeniem dziecka. Zarazem jednak doświadcza braku jako uobecnienia. To, co zniknęło w świecie, powraca bowiem w świadomości – nawiedza w snach, przybywa w marzeniach. Z wolna zamienia się w mit – wcale nie arkadyjski. Świętość miesza się w nim przecież z okrucieństwem, woda z krwią, miłość ze śmiercią – podobnie jak w utworach Tadeusza Nowaka, którego dokonania znajdują w poezji Małgorzaty Lebdy swoje interesujące jest zatem opowieścią o dojrzewaniu – głęboką, a więc i gorzką, i niepozbawioną nadziei. Przecież polega ono i na tym, że widzi się śmierć – że ona z pola widzenia nie znika. W jednym z ostatnich wierszy pomieszczonych w Mateczniku autorka przejmująco pisze o „liturgii odejść”. Ów tekst oraz inne utwory wypełniające omawianą książkę każą jednak myśleć również o poetyckiej „liturgii powrotów”. O tym, że skazani na powracające „to samo” szarej codzienności, tęsknimy za powrotem sacrum, za mitem, za czymś, co nasza świadomość identyfikuje jako życie i sens – otoczone jawnym i nachalnym bezsensem, umieraniem dookolnej rzeczywistości. Wiersze Małgorzaty Lebdy całym swoim ciężarem wychylone są w stronę podobnych pragnień.
Nie ścigam się z nikim, bo nie rywalizacji szukam w bieganiu, a spokoju, harmonii, uważności. Jeśli coś ma mi podnieść ciśnienie, to wolę, żeby to był orzeł bielik kołujący nad głową, nie wyprzedzanie rywali. Bolechowice zamiast Połańca Czwarty sierpnia 2020 roku, pogoda w Bolechowicach zmienna: słońce, po chwili uderza deszcz. Parno. Otwieram stronę internetową z prognozą pogody. W Połańcu dwadzieścia osiem stopni, burzowo. Sprawdzam pogodę w południowo-wschodniej Polsce nie bez przyczyny. To tam powinnam – wedle ustaleń z początku roku – dzisiaj być. W ciepłym, słonecznym styczniu rozpisywałam trasę mojego biegu wzdłuż Wisły. To wtedy, przesuwając palcem po linii największej z naszych rzek, liczącej tysiąc czterdzieści siedem kilometrów, zapisałam, że czwartego sierpnia powinnam dotrzeć do Połańca (byłby to około trzysta pięćdziesiąty kilometr biegu). Dzisiaj mamy 153. dzień epidemii, Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 680 nowych przypadkach zakażenia koronawirusem w Polsce. Jak do tej pory to rekord. Podejrzewam, że kiedy będziecie czytać ten esej, liczby mogą być bardziej zatrważające. Pewnie nie tylko dla mnie ten sierpień – co ja mówię – to półrocze jest czasem zatrzymania, zwolnienia obrotów, ale może to tylko dzieje się w głowie, bo ciało i tak idzie w bieg. Zakładam buty i wykorzystuję okno pogodowe nad wsią. Jeśli w jakiś sposób mogę zrekompensować sobie fakt, że mój plan przebiegnięcia od źródła Wisły do jej ujścia musiał zostać przesunięty o rok, to z pewnością ruchem. Wychodzę na ganek ponad stuletniego domu, wciągam powietrze w płuca – pachnie jak w mojej rodzinnej wsi w Beskidzie Sądeckim. Słońce zasłaniają chmury, ciało przyjmuje tlen, wybiegam. Najpierw ulicą Nad Potokiem i dalej w górę, żeby po kilku minutach znaleźć się przy Bramie Bolechowickiej. Tu, przy wejściu do doliny, po mojej lewej stronie króluje Filar Pokutników, po prawej Filar Abazego – widok, który rozpala wyobraźnię i każe przygotować sobie po powrocie buty wspinaczkowe na następny dzień. Dlaczego biegasz? Przyjemność? Pytają mnie często z niedowierzaniem ludzie. Są nieufni wobec moich zapewnień, „że tak, że przyjemność”. Trudno znaleźć mi na to inne słowo. Przyjemność, tak. Biegam od zawsze, odkąd pamiętam, i o ile pierwsze biegi były związane z prozaicznymi rzeczami, które były moimi obowiązkami w rodzinnym gospodarstwie, to w dorosłym życiu jest już to ruch związany niemal wyłącznie z przyjemnością. Dorastając na wsi, w pagórkowatych terenach Beskidu, codziennie byłam (wraz z rodzeństwem) w nieustannym przemieszczaniu się. Należało być szybkim i zwinnym, to zapewniało bezpieczeństwo. Kto nigdy nie uciekał przed sforą bezpańskich psów, wałęsających się po polnych drogach, nie wie, ile można zawdzięczać bieganiu (i szybkiemu wspinaniu się na drzewa). Wracam myślami do czasu dorastania. Próbuję sobie wyobrazić, co mogłam robić czwartego sierpnia, kiedy jeszcze mieszkałam na wsi, powiedzmy wtedy, kiedy miałam siedem lat? Musiałby to być czwarty sierpnia sprzed dwudziestu ośmiu lat (aż tyle?). Zatem 1992 rok, sprawdzam: to wtorek. Poranek – tak to sobie przywołuję – jest chłodny. Dolina mojej wsi przynosiła nieciepłe, wilgotne poranki, aby wraz z upływem godzin i przesuwającym się słońcem nabierać temperatury. Tata budzi mnie i wiem, że to moja kolej, aby pójść ze zwierzętami w górujące nad wsią pola. Ze stajni wychodzą duże, tłuste krowy. Każda z nich ma swoje imię, są z nami od wielu lat. Gnam je w górę wzgórza, przeprowadzam przez brzezinę, kontroluję ich ruchy. Możliwe, że umiejętności biegowe, wykształcone właśnie przez aktywność wokół zwierząt, leżą u podstaw mojej obecnej siły biegowej. Bieg jako – wtedy – obowiązek, a teraz przyjemność. Sposób na życie. Filozofia ruchu. Powrót do natury Są miejsca i biegi, których się nie zapomina. Jak ten sprzed kilku lat w stanie Wyoming w USA. Wybiegłam z pola namiotowego rozbitego nieopodal Devils Tower w momencie, kiedy słońce odrywało się od horyzontu. Letnie powietrze już o tej porze rozpalało płuca. Przed moimi oczami majaczył ten cud przyrody, to ciało skalne powstałe sześćdziesiąt pięć milionów lat temu z zastygłej w głębi skorupy ziemskiej magmy, która przedostała się pomiędzy starsze skały. Biegnąc, myślałam o tym, co działo się tu miliony lat temu, a jednocześnie obserwowałam, w jaki sposób na mojej skórze skraplała się wilgoć poranka, która znikała, kiedy tylko słońce docierało na jej powierzchnię. Sosnowy las otaczający Mato Tipila (tak w języku dakota brzmi nazwa skalnej wieży) przynosił ukojenie. Czułam obecność zwierząt, miałam wrażenie, że w czasie, kiedy przebiegam nieopodal nich, zatrzymują w głębi lasu swoje ruchy, zastygają, zastanawiając się, czy dźwięk, który niosę, przynosi spokój czy niebezpieczeństwo. Mulak białoogonowy musiał uznać moje płynne, zwierzęce przecież ruchy ciała za przyjazne – wyszedł z zarośli i stanął na środku ścieżki. To musiał być samiec, ważył – na oko – dziewięćdziesiąt kilogramów, jego ciało pokrywała sierść w kolorze czerwieni przechodzącej w brąz. I oczy: ciemne, czujne, uważne, otoczone białą obwódką, która podkreślała kirowy kolor. Poświęcił mi na tyle dużo uwagi, że zauważyłam jeszcze jego delikatne ruchy żuchwą. Był piękny. Zniknął w gąszczu, pokazując jeszcze tylko biały spód ogona. Biegłam dalej, robiąc przy tej okazji cztery okrążenia wokół wieży. Wspinacze dotykali bazaltowych ścian. Mówili w różnych językach, udało mi się zarejestrować: angielski, polski, czeski i jakiś – z pewnością – z rodziny tych skandynawskich. Wieża zapierała dech w piersiach, kiedy podnosiłam na nią wzrok, musiałam zwalniać, przykuwała całą moją uwagę. Jedna z legend, ta pochodząca od ludu Kiowa, głosi, że siedem dziewczynek z tego plemienia bawiło się i zostało zaatakowanych przez potężne niedźwiedzie. Uciekając, zaczęły modlić się do Wielkiego Ducha, który w odpowiedzi na to podniósł grunt pod ich stopami, tworząc skalną wieżę. Charakterystyczne ukształtowanie ścian jest – według ludowego podania – efektem uderzeń niedźwiedzich pazurów w skałę. Zachwyt. Po kilkudziesięciu kilometrach, chłodząc ciało w rzece Belle Fourche, myślałam o tym, jak dobry jest ruch, który zbliża do natury. Przypominam sobie teraz i inny bieg, mniej egzotyczny, bo nie o egzotykę tu chodzi. Toruń, kilka lat temu, to tam nocuję po jednym z moich literackich spotkań autorskich. Rankiem zakładam buty i biegnę wzdłuż Wisły. Rzeka mieni się srebrem, jakby rozlano tu rtęć. Po kilku kilometrach zatrzymuje mnie wysoki, nosowy, kraczący dźwięk. Rozpoznaję śmieszki, ptaki z rodziny mewowatych – żerują, brodząc w płyciźnie rzeki. Światło poranka roziskrza ich ciała w taki sposób, że chyba mogę – ponownie – mówić o pięknie. Zatem przyjemność, o której mówię w kontekście biegania, nie wiąże się tylko z przyjemnością ciała, z tym, że w czasie ruchu mięśni można zrównoważyć sobie pracę myśli (szczególnie jeśli codziennym zajęciem jest praca naukowa na uniwersytetach). Przyjemność, o której mówię, dotyczy również tego wszystkiego, co daje biegaczowi mijany świat, i nie musi to być bieg w zamorskich rejonach, to może być ta spotkana na toruńskim odcinku Wisły pospolita mewa śmieszka. Możliwe, że bieganie (ruch w ogóle) otwiera na proste epifanie, te płynące z wnętrza biegacza i z otaczającej go natury. Jest jeszcze i to – praca pamięci wydobywana przez pracę ciała. Rebecca Solnit w swojej znakomitej książce Zew włóczęgi[1] pisze: „Pamięć, wzorem umysłu i czasu, jest nie do pomyślenia bez wymiaru fizycznego, a uzmysłowienie jej sobie w postaci fizycznej przestrzeni wymaga obrócenia jej w krajobraz, w którym zmieszczą się jej treści, gdyż tylko to, co umiejscowione, może zostać uchwycone. Słowem, jeśli pamięć wyobrazić sobie na kształt jakiejś rzeczywistej przestrzeni – miejsca, teatru, biblioteki – to akt przypominania sobie stanie się w wyobraźni aktem rzeczywistym, czyli czynnością fizyczną: chodzeniem”. Zatem ruch jako katalizator wspomnień, który angażuje pamięć, myśli. Z kim się ścigam? Jednym z najważniejszych odkryć dotyczących biegania, odkryć, które przyszły do mnie w czasie biegu na sto dwadzieścia kilometrów we włoskich Dolomitach (Lavaredo Ultra Trail), było uzmysłowienie sobie, że nie muszę się z nikim ścigać. W książce Dajcie im popływać[2] autorstwa założyciela marki Patagonia, Yvona Chouinarda, mówi on o tym, że jest 80-procentowcem – to znaczy, że w każdą nową pasję wchodzi nie na pełne 100 procent. To pozwala mu cały czas robić rozmaite rzeczy, rozwijać nowe zainteresowania, a także chroni przed obsesją i dochodzeniem do granic czy ich przekraczaniem w jednej dziedzinie. Wydaje się to rozwiązaniem bezpiecznym i pozwalającym na czerpanie maksymalnej przyjemności z danej aktywności – a jak już wspomniałam, przyjemność jest tu kluczowa. Ale wtedy, w palącym słońcu, nie myślałam jednak o przyjemności. Niefortunne okoliczności sprawiły, że w połowie biegu nie dostałam swojego przepaku, który dotarł do mnie dopiero na setnym kilometrze. Lavaredo Ultra Trail przyniósł mi fizyczny ból i po raz pierwszy myśl o tym, że zbliżam się do niebezpiecznej granicy, że może powinnam zejść z trasy. Przekonałam się równocześnie, że jestem silna, uparta i – uwaga – błyskotliwa, jak wtedy, kiedy przed ostatnim leśnym odcinkiem, tracąc ciepło, napełniłam camelbak gorącą herbatą, która grzała moje wyczerpane ciało przez ostatnie kilkanaście kilometrów, aż do mety. Mówi się o tym biegu, że tak naprawdę zaczyna się on od setnego kilometra. Ten start przyniósł mi też niebywały spokój i umiejętność przechodzenia na równy oddech, który wykorzystuję już nie tylko w bieganiu, ale i w stresujących momentach codziennego życia. Najważniejszym odkryciem było jednak to, że zaliczam się do 80-procentowców – nie ścigam się z nikim, bo nie rywalizacji szukam w bieganiu, a spokoju, harmonii, uważności. Jeśli coś ma mi podnieść ciśnienie, to wolę, żeby to nie były momenty wyprzedzania rywali, tylko orzeł bielik kołujący nad głową. Las jako stan umysłu Dolinę Bolechowicką przesłania mgła. To już końcówka dwudziestokilometrowego treningu. Ściemnia się, wybiegam z lasu, wchodzącego w skład rezerwatu przyrody Wąwozu Bolechowickiego. Ziemia oddaje ciepło, tak samo, jak moje ciało. W górnej części lasu spotkałam lisa. Spojrzał mi w oczy (tak!). Las, przez który biegłam, przypominał mi ten tatrzański – można spotkać tu świerki, jodłę, szarą olchę. Myślę o przyszłorocznym biegu wzdłuż Wisły: na jakim odcinku trasy będę czwartego sierpnia 2021 roku? Jaka pogoda złapie mnie w Połańcu? Ile przyjemności i ile bólu będzie za mną, a ile przede mną? Możliwe, że będzie już po wszystkim. Przed domem ściągam buty i skarpety, zanurzam nogi w potoku Bolechówka. Jest krystalicznie czysty i krystalicznie – jeśli temperatura mogłaby mieć kolor – zimny. Zamykam oczy, próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie: o czym myślę, kiedy biegnę?[3] Myślę o świecie, o nas w tym świecie, o ściągniętym przed chwilą z nadgarstka kleszczu, o słyszanym podczas biegu dwusylabowym odgłosie ptaka (to musiał być derkacz), o tym, że nadchodzi noc i będzie to noc burzowa. Na ganku witają mnie psy: Sonia i Łatka. Obwąchują mnie, jakby zwęszyły lisa. Małgorzata Lebda [1] Rebecca Solnit, Zew włóczęgi, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2018, s. 121-122. [2] Zob. Yvon Chouinard, Dajcie im popływać. Historia przedsiębiorcy mimo woli, Wydawnictwo Mayfly, Warszawa 2011. [3] Parafrazuję tu tytuł książki Haruki Murakamiego O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2010.
Fot. Materiały prasowe Mercedes O TYM SIĘ MÓWI Justyna Kowalczyk i Kacper Tekieli wzięli ślub! Panna młoda wybrała nietypową kreację Podzieliła się wyjątkowym zdjęciem! Gratulujemy! Fot. Materiały prasowe Mercedes To wspaniała wiadomość nie tylko dla fanów sportu! Justyna Kowalczyk, wybitna biegaczka narciarska, wzięła ślub z ukochanym, alpinistą Kacprem Tekieli! Sportsmenka podzieliła się pięknym zdjęciem z uroczystości na swoim Twitterze. Zobaczcie, jak wyjątkowa była jej suknia ślubna! Wzięli ślub na biegunie, dziś są skłóceni. Oto historia relacji Michała Wiśniewskiego i Mandaryny Jak poinformowała szczęśliwa panna młoda, ceremonia odbyła się wczoraj, 24 września 2020 roku. „Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że na wszystko w życiu musi przyjść odpowiednia pora. Od wczoraj Justyna Kowalczyk-Tekieli”, napisała pod fotografią, opublikowaną na Twitterze. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że na wszystko w życiu musi przyjść odpowiednia pora. Od wczoraj Justyna Kowalczyk - Tekieli ❤️ — Justyna Kowalczyk - Tekieli (@JuiceKowalczyk) September 25, 2020 Wielbiciele sportsmenki są zachwyceni jej wyborem kreacji ślubnej. Justyna Kowalczyk wyszła za mąż w czerwonej sukni, a w ręku trzymała bukiet słoneczników. Wyglądała zjawiskowo, a pomysł na tak odważną stylizację na pewno zainspiruje fanki biegaczki narciarskiej do słusznych eksperymentów z modą. Justyna Kowalczyk i Kacper Tekieli spotykają się od ponad roku. Rzadko wtajemniczają media i fanów w swoje życie prywatne, ale było wiadome, że para planowała pobrać się w maju tego roku, jednak ze względu na epidemię koronawirusa datę zmieniono. Zakochani postanowili wziąć ślub w tajemnicy. Serdecznie gratulujemy i życzymy wszystkiego, co najlepsze! @